Swego czasu jeszcze na blogu z okresu studiów zainaugurowałem cykl tekstów pod tytułem "Leap" - nawiązując do skoku wiary, jaki jako chrześcijanie mamy wykonać. Więcej szczegółów tutaj.
Powstał wówczas nieopublikowany post dotyczący modlitwy. Przez niecały rok niewiele się zmieniło, uważam, że nadal jest on aktualny i może konfrontować z naszym rozumieniem modlitwy. To wpis inspirowany obserwacjami i rozmowami z ludźmi.
Powstał wówczas nieopublikowany post dotyczący modlitwy. Przez niecały rok niewiele się zmieniło, uważam, że nadal jest on aktualny i może konfrontować z naszym rozumieniem modlitwy. To wpis inspirowany obserwacjami i rozmowami z ludźmi.
Ostatnio coraz częściej spotykam się z tym, że ludzie mają problem z modlitwą. Mówiąc wprost - nie wiedzą, jak się modlić. Generalnie tych problemów można by mnożyć (nie mają ochoty, nie widzą w niej sensu, uważają ją za początek schizofrenii etc.), ale to nie jest w tym momencie istotne. O motywację jeszcze zahaczę, bo jest ona niezwykle ważna.
Przyznam, że jestem w ciężkim szoku, gdy spotykam się ze stwierdzeniem "ja w zasadzie nie wiem jak się modlić". I nie mówię tu o ludziach, którzy nie mieli nic z Bogiem, Kościołem, wychowaniem chrześcijańskim do czynienia. Zdarzyło mi się to słyszeć z ust osób, które swoją przyszłość bardzo mocno chcą związać z Kościołem. Ktoś w tym momencie powie - "tobie łatwo mówić, od początku byłeś w tym wychowywany, tata ksiądz etc. Poza tym - jesteś pietystą, więc się nie odzywaj, pietyści mają na tym punkcie fioła".
Aż chciałoby się zapytać - a to nie powinno być tak, że wszyscy chrześcijanie powinni mieć fioła na punkcie modlitwy? Czy sensem chrześcijaństwa nie jest relacja, komunikowanie z Bogiem?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo nikt mnie nie nauczył? Bo nie wiem, czym jest modlitwa? Bo nie wiem, po co miałbym to robić? Bo ona i tak nic nie zmienia, skoro to wszystko dzieje się według Bożego planu?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo ogólnie mam problem z komunikacją? Wolę pisać, lajkować, tłittować, wstawiać posty, hasztagować zamiast rozmawiać wprost? Wolę schować się za podwójną (iluzoryczną) gardą laptopa niż nawiązać kontakt prosto w oczy?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo mój obraz Boga sprawia, że boję się do Niego cokolwiek powiedzieć (toż przecież mnie do piekła wyśle!)? Bo mnie ludzie za pietystę uznają i stwierdzą, że ześwirowałem? Bo to dobre dla mięczaków, a ja jestem człowiekiem czynu?
Konfirmanci uczą się, że modlitwa to rozmowa z Bogiem. Niebywałym dramatem jest, gdy dopiero wtedy dowiadują się, czym jest modlitwa i jak może wyglądać. Problem w tym, iż staje się to coraz bardziej powszechne. No bo - czy uczymy nasze dzieci rozmawiać z Bogiem? Ja miałem to szczęście i ten przywilej, że od początku uświadamiano mi, jak jest to ważne. Podczas Wigilii wzruszyłem się, gdy moja 4-letnia bratanica pomodliła się przed rozpoczęciem posiłku (nie poruszam kwestii "czy modlitwa musi być wypowiedziana na głos", "dziecko nie rozumie tego co mówi" itd. - o tym nie teraz) - odebrałem to jako wspaniałe świadectwo działania Ducha Świętego i przykład wychowania chrześcijańskiego, który sam chciałbym w swoim życiu wprowadzać. Być może jest to nietypowy przykład - ale kocham swoich bliskich właśnie za to, że są tak nietypowi.
Konfirmanci uczą się również, jak "powinna wyglądać prawidłowa modlitwa". Pojawia się tu kilka kryteriów, tematów, zwrotów, które muszą wystąpić. Mówi się o dziękczynieniu, wyznaniu grzechów, prośbach, doksologii (oddaniu Bogu chwały). Jeżeli wystąpią - to wtedy jest ok. Cóż. Moim kryterium jest przede wszystkim to, czy to, co kieruję w Bożą stronę, jest szczere. Jeśli tak - w moim odczuciu można mówić o modlitwie, bo wtedy przychodzi się do Boga takim jakim się jest.
Konfirmanci uczą się również, po co człowiek się modli, kiedy powinien itd. Najczęściej mówi się, że powinno to wystąpić dwa razy dziennie (rano i wieczorem, najlepiej "Ojcze nasz" z przeżegnaniem się, można na kolanach), przed posiłkiem, po wejściu do kościoła, przed wyjściem z niego. "Tyle może starczy". Modli się po to, bo to obowiązek, przywilej, tak nakazał Pan Bóg, taka jest tradycja, lepiej się pomodlić niż tego nie zrobić, a nuż widelec Pan Bóg pobłogosławi... Boli mnie takie podejście.
Po co się modlić? Po co o tym rozmawiać? Czy to nie nazbyt prywatne? A czemu gada się przez telefon/Skypa z ukochaną osobą, po co poświęca się jej tyle czasu, szykuje niespodzianki, dąży do bliskości? BO SIĘ JĄ KOCHA. Przynajmniej tak mi się wydaje. Choć w dzisiejszych czasach smsy wypierają rozmowy, Skype służy do pisania a nie do bezpośredniego mówienia, spotkania twarzą-w-twarz kończą się sięganiem po smartfony. Komunikacja bezpośrednia, relacyjna przeżywa kryzys. Lepiej rzucić w eter post o tym, że pada śnieg, słitfocię, polajkować info o zwycięstwie Polaków w nogę, coś udostępnić... To ciekawe, że w czasach, gdy bezrefleksyjnie rezygnujemy z własnej prywatności, prywatności naszych dzieci udostępniając co się da na fejsie, tak bardzo prywatną sprawą staje się kwestia wiary, modlitwy, tak bardzo - że publicznie o tym ani mru mru. A jak ktoś sobie na to pozwoli - to jest jakimś oszołomem, głupkiem, pietystą, więc trzeba spojrzeć na niego z politowaniem i olać.
Bywa też i tak, że się modlimy. Nawet wiemy jak. Używamy pięknych, górnolotnych słów (to najczęściej w Powszechnej Modlitwie Kościoła bądź modlitwach stołowych), typowych zwrotów i charakterystycznej składni. A broń Boże to powiedzieć własnymi słowami... Niejednokrotnie mam wrażenie, iż sposób w jaki próbujemy się modlić bardzo mocno świadczy o tym, ile ciepła otrzymaliśmy od rodziców/bliskich/ludzi wokół. Modlitwa potrafi być wyznacznikiem tego, jak podchodzimy do kwestii życia z Bogiem. Widać, czy jest to relacja pan-podwładny, ojciec-syn, kumpel-kumpel, nauczyciel-uczeń. Często widać, jakiego miało się duszpasterza...
Modlitwa to w moim odczuciu kluczowa sprawa dla chrześcijanina. Jest oczywistością. I chyba przez to jest przez nas tak zaniedbywana. Czasem zbyt mocno z-teoretyzowana, zdystansowana, wyzbyta z emocji. Te uwalniamy przy okazji przekleństw, kłótni, transmisji sportowych, jazdy samochodem. A wobec Boga - trzeba ubrać kombinezon pobożności, a piżamę naturalności wsadzić do szafy. Mało kiedy potrafimy być tak sztuczni, jak w trakcie modlitwy (sic!). A mnie się zawsze wydawało, że to właśnie modlitwa jest okazją do bycia sobą, do otworzenia się, do pogadania z Bogiem jak z kimś bliskim, przyjacielem, duszpasterzem, ojcem, ukochaną osobą, kimś, kto mnie dobrze rozumie.
Nie wiem, może ja mam to szczęście, że dokoła mnie mam naprawdę dobre wzorce, które uczą mnie komunikacji. Wiem, że nie jestem zbyt dobrym uczniem... ale próbuję.
Więc idę się modlić. Bo modlić można się na wiele sposobów i w wielu momentach - śpiewając, rozmawiając z kimś, siadając do posiłku, zapalając silnik samochodu, wchodząc do szkoły, wyciągając kartkę przed kartkówką, będąc pod prysznicem, grając na Xboxie... Ech, może wtedy inaczej wyglądałyby nasze relacje z bliźnimi.
P.S. Nie zmienia to faktu, że czasem zdarzają się chwilę, gdy modlitwa jest ostatnią rzeczą, jaką człowiek chce zrobić. Czasem wynika to z przesytu religijnymi treściami, z problemów osobistych, z buntu wobec Stwórcy. Czy jest na to jakaś recepta? Hm. Nauczeni doświadczeniami bohaterów biblijnych wiemy, że w ciszy Bóg potrafi niezwykle dobitnie przemawiać i dotykać serca człowieka.
P.S. Nie zmienia to faktu, że czasem zdarzają się chwilę, gdy modlitwa jest ostatnią rzeczą, jaką człowiek chce zrobić. Czasem wynika to z przesytu religijnymi treściami, z problemów osobistych, z buntu wobec Stwórcy. Czy jest na to jakaś recepta? Hm. Nauczeni doświadczeniami bohaterów biblijnych wiemy, że w ciszy Bóg potrafi niezwykle dobitnie przemawiać i dotykać serca człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz