W niedzielę 18 października w urokliwym cieszyńskim teatrze im. Adama Mickiewicza miałem okazję po raz kolejny usłyszeć materiał płyty "Tribute to Andrzej Zaucha - Obecny" w wykonaniu Kuby Badacha.
Pierwszy raz było mi to dane w 2013 roku w Warszawie w klubie Palladium. Szersza relacja zamieszczona tutaj.
Bardzo chciałbym napisać, że było równie fantastycznie jak wówczas - naprawdę bardzo bym chciał. I zanim pojawią się ewentualne hejty za to, że ośmieliłem się krytycznie popatrzeć na koncert Kuby Badacha - króciutkie słowo wyjaśnienia.
Kubę Badacha bardzo lubię, a w materiale Zauchy wręcz uwielbiam. W moim odczuciu nadał tym utworom niezwykły ciężar, dodał głębi. O ile Zaucha kojarzył mi się raczej z artystą lekkim (żeby nie powiedzieć przaśnym - choć to brzmi pejoratywnie), bardziej wesołym niż melancholijnym, to Badach do ciekawych (i w sporej części smutnych tekstowo kawałkach) słów dołożył wraz z Jackiem Piskorzem nutę, która w moim odczuciu bardziej pasowała do tekstu. Być może będę odosobniony w tym zdaniu - bo jednak spora część słuchaczy wcześniej usłyszała utwory Zauchy niż aranżacje Badacha, więc pierwowzór był im bliższy. Ja najpierw lepiej poznałem covery Kuby, a dopiero potem sięgnąłem po oryginały. No i oryginały mniej mnie przekonały niż to, co nagrał Badach.
Niemniej jednak płyta płytą (świetna, swoją drogą), a koncert koncertem. Wiem, że granie na żywo rządzi się swoimi prawami. Tak również było za pierwszym razem w Warszawie, kiedy realizatorzy dźwięku (bądź sama technika po prostu) spartolili "Bądź moim natchnieniem", bo odsłuch Kuby strasznie sprzęgał. Granie na żywo umożliwia artystom improwizację, solówki, zabawę dźwiękiem. Tak było w wypadku koncertu w Cieszynie. Od strony muzycznej podano niezwykle smakowity kąsek muzyki jazzowej (chyba - nie czuję się jakimś wielkim ekspertem w tej dziedzinie) i zapewne koneserzy tego gatunku byli zachwyceni. Podobnie jak sami artyści, którzy kapitalnie się na scenie bawili - widać to było po ich mimice, spojrzeniach, gestach i komunikacji wewnątrz zespołu. Kuba jak zwykle świetnie śpiewał, zabawnie zagadywał między utworami.
Jednak musi pojawić się jakieś ale.
1. W Warszawie "Bądź moim natchnieniem" mnie rozczarowało, bo nie podołało nagłośnienie. Ale chociaż je zagrali. W Cieszynie niestety nie pojawiło się na setliście. Byłem bardzo rozczarowany, bo to dla mnie najlepszy i najbardziej wyjątkowy utwór całej płyty, bardzo mnie i mojej narzeczonej bliski. No cóż. Nie można mieć wszystkiego. Może moja narzeczona nadal będzie wolała moje wykonanie niż wykonanie Badacha ;)
2. To nie była jedyna absencja z płyty. O ile dobrze pamiętam, w Warszawie Kuba zagrał cały materiał. W Cieszynie zabrakło jeszcze: "Zakochani staruszkowie" (niestety!), "Masz przewrócone w głowie" (niestety!) i "Siódmy rok" (niestety!). Wiem, wiem, pojawiły się dwa dodatkowe utwory, których na płycie nie było "Czarny Ali Babo" i "W złotych kroplach deszczu" (wielki plus szczególnie dla tego drugiego!). Niemniej jednak pozostał dosyć duży niedosyt - bo czemu np. nie zrezygnowali z "Wymyśliłem ciebie", "Dzień dobry Mr. Blues" bądź "Wieczór nad rzeką zdarzeń"? - tu bym się nie obraził, gdyby ich zabrakło ;)
3. Nie jestem znawcą, więc się pewnie nie znam i dlatego zbyt długie muzyczne solówki były dla mnie minusem. Kuba po prostu za mało śpiewał. Często chował się za kulisami bądź stawał z boku, by po prostu posłuchać gry instrumentalistów. Wiem - grali świetnie. Ale wolałem, jak śpiewał.
P.S. Koncert sprzyja temu, by zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej się nie wychwyciło. Doszedłem do wniosku, że większość tekstów i ich przesłanie jest niezwykle smutne - choćby ból rozłąki i tęsknota emigracyjna w "C'est la vie", różne cele życiowe w "Jak na lotni", trauma po-rozstaniowa w "Byłaś serca biciem" (tu uderzyło mnie to szczególnie. U Zauchy brzmi to tak lekko, a Badach wprowadza właściwe napięcie, dramatyzm cierpienia tego, który ciągle uważa swoją byłą za ukochaną, za bicie serca...), rzadkość sytuacji, w których dzisiaj można zobaczyć "Zakochanych staruszków"...
No i "Leniwy diabeł". Ten to rzeczywiście może się cieszyć, że ma tak mało do roboty. Nikogo nie musi zniechęcać, ludzie sami stają się obojętni na przesłanie o Jezusie Chrystusie ratującym człowieka od wiecznego cierpienia. Publika szalała, Kuba też, śmiech towarzyszył opisowi diabła z różkami i kopytkami. A ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj diabeł rzeczywiście coraz częściej jest bezrobotny, nie musi się nawet starać by przeciągnąć ludzi na swoją stronę, oni sami pchają się (mniej lub bardziej świadomie) w jego ramiona. Włodzimierz Korcz napisał doskonały tekst, bardzo prawdziwy.
Mały praktykant w czterech miastach
poniedziałek, 9 listopada 2015
środa, 7 października 2015
Panie, naucz nas się modlić! - Leap cz. 6
Swego czasu jeszcze na blogu z okresu studiów zainaugurowałem cykl tekstów pod tytułem "Leap" - nawiązując do skoku wiary, jaki jako chrześcijanie mamy wykonać. Więcej szczegółów tutaj.
Powstał wówczas nieopublikowany post dotyczący modlitwy. Przez niecały rok niewiele się zmieniło, uważam, że nadal jest on aktualny i może konfrontować z naszym rozumieniem modlitwy. To wpis inspirowany obserwacjami i rozmowami z ludźmi.
Powstał wówczas nieopublikowany post dotyczący modlitwy. Przez niecały rok niewiele się zmieniło, uważam, że nadal jest on aktualny i może konfrontować z naszym rozumieniem modlitwy. To wpis inspirowany obserwacjami i rozmowami z ludźmi.
Ostatnio coraz częściej spotykam się z tym, że ludzie mają problem z modlitwą. Mówiąc wprost - nie wiedzą, jak się modlić. Generalnie tych problemów można by mnożyć (nie mają ochoty, nie widzą w niej sensu, uważają ją za początek schizofrenii etc.), ale to nie jest w tym momencie istotne. O motywację jeszcze zahaczę, bo jest ona niezwykle ważna.
Przyznam, że jestem w ciężkim szoku, gdy spotykam się ze stwierdzeniem "ja w zasadzie nie wiem jak się modlić". I nie mówię tu o ludziach, którzy nie mieli nic z Bogiem, Kościołem, wychowaniem chrześcijańskim do czynienia. Zdarzyło mi się to słyszeć z ust osób, które swoją przyszłość bardzo mocno chcą związać z Kościołem. Ktoś w tym momencie powie - "tobie łatwo mówić, od początku byłeś w tym wychowywany, tata ksiądz etc. Poza tym - jesteś pietystą, więc się nie odzywaj, pietyści mają na tym punkcie fioła".
Aż chciałoby się zapytać - a to nie powinno być tak, że wszyscy chrześcijanie powinni mieć fioła na punkcie modlitwy? Czy sensem chrześcijaństwa nie jest relacja, komunikowanie z Bogiem?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo nikt mnie nie nauczył? Bo nie wiem, czym jest modlitwa? Bo nie wiem, po co miałbym to robić? Bo ona i tak nic nie zmienia, skoro to wszystko dzieje się według Bożego planu?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo ogólnie mam problem z komunikacją? Wolę pisać, lajkować, tłittować, wstawiać posty, hasztagować zamiast rozmawiać wprost? Wolę schować się za podwójną (iluzoryczną) gardą laptopa niż nawiązać kontakt prosto w oczy?
"Nie wiem, jak się modlić". Bo mój obraz Boga sprawia, że boję się do Niego cokolwiek powiedzieć (toż przecież mnie do piekła wyśle!)? Bo mnie ludzie za pietystę uznają i stwierdzą, że ześwirowałem? Bo to dobre dla mięczaków, a ja jestem człowiekiem czynu?
Konfirmanci uczą się, że modlitwa to rozmowa z Bogiem. Niebywałym dramatem jest, gdy dopiero wtedy dowiadują się, czym jest modlitwa i jak może wyglądać. Problem w tym, iż staje się to coraz bardziej powszechne. No bo - czy uczymy nasze dzieci rozmawiać z Bogiem? Ja miałem to szczęście i ten przywilej, że od początku uświadamiano mi, jak jest to ważne. Podczas Wigilii wzruszyłem się, gdy moja 4-letnia bratanica pomodliła się przed rozpoczęciem posiłku (nie poruszam kwestii "czy modlitwa musi być wypowiedziana na głos", "dziecko nie rozumie tego co mówi" itd. - o tym nie teraz) - odebrałem to jako wspaniałe świadectwo działania Ducha Świętego i przykład wychowania chrześcijańskiego, który sam chciałbym w swoim życiu wprowadzać. Być może jest to nietypowy przykład - ale kocham swoich bliskich właśnie za to, że są tak nietypowi.
Konfirmanci uczą się również, jak "powinna wyglądać prawidłowa modlitwa". Pojawia się tu kilka kryteriów, tematów, zwrotów, które muszą wystąpić. Mówi się o dziękczynieniu, wyznaniu grzechów, prośbach, doksologii (oddaniu Bogu chwały). Jeżeli wystąpią - to wtedy jest ok. Cóż. Moim kryterium jest przede wszystkim to, czy to, co kieruję w Bożą stronę, jest szczere. Jeśli tak - w moim odczuciu można mówić o modlitwie, bo wtedy przychodzi się do Boga takim jakim się jest.
Konfirmanci uczą się również, po co człowiek się modli, kiedy powinien itd. Najczęściej mówi się, że powinno to wystąpić dwa razy dziennie (rano i wieczorem, najlepiej "Ojcze nasz" z przeżegnaniem się, można na kolanach), przed posiłkiem, po wejściu do kościoła, przed wyjściem z niego. "Tyle może starczy". Modli się po to, bo to obowiązek, przywilej, tak nakazał Pan Bóg, taka jest tradycja, lepiej się pomodlić niż tego nie zrobić, a nuż widelec Pan Bóg pobłogosławi... Boli mnie takie podejście.
Po co się modlić? Po co o tym rozmawiać? Czy to nie nazbyt prywatne? A czemu gada się przez telefon/Skypa z ukochaną osobą, po co poświęca się jej tyle czasu, szykuje niespodzianki, dąży do bliskości? BO SIĘ JĄ KOCHA. Przynajmniej tak mi się wydaje. Choć w dzisiejszych czasach smsy wypierają rozmowy, Skype służy do pisania a nie do bezpośredniego mówienia, spotkania twarzą-w-twarz kończą się sięganiem po smartfony. Komunikacja bezpośrednia, relacyjna przeżywa kryzys. Lepiej rzucić w eter post o tym, że pada śnieg, słitfocię, polajkować info o zwycięstwie Polaków w nogę, coś udostępnić... To ciekawe, że w czasach, gdy bezrefleksyjnie rezygnujemy z własnej prywatności, prywatności naszych dzieci udostępniając co się da na fejsie, tak bardzo prywatną sprawą staje się kwestia wiary, modlitwy, tak bardzo - że publicznie o tym ani mru mru. A jak ktoś sobie na to pozwoli - to jest jakimś oszołomem, głupkiem, pietystą, więc trzeba spojrzeć na niego z politowaniem i olać.
Bywa też i tak, że się modlimy. Nawet wiemy jak. Używamy pięknych, górnolotnych słów (to najczęściej w Powszechnej Modlitwie Kościoła bądź modlitwach stołowych), typowych zwrotów i charakterystycznej składni. A broń Boże to powiedzieć własnymi słowami... Niejednokrotnie mam wrażenie, iż sposób w jaki próbujemy się modlić bardzo mocno świadczy o tym, ile ciepła otrzymaliśmy od rodziców/bliskich/ludzi wokół. Modlitwa potrafi być wyznacznikiem tego, jak podchodzimy do kwestii życia z Bogiem. Widać, czy jest to relacja pan-podwładny, ojciec-syn, kumpel-kumpel, nauczyciel-uczeń. Często widać, jakiego miało się duszpasterza...
Modlitwa to w moim odczuciu kluczowa sprawa dla chrześcijanina. Jest oczywistością. I chyba przez to jest przez nas tak zaniedbywana. Czasem zbyt mocno z-teoretyzowana, zdystansowana, wyzbyta z emocji. Te uwalniamy przy okazji przekleństw, kłótni, transmisji sportowych, jazdy samochodem. A wobec Boga - trzeba ubrać kombinezon pobożności, a piżamę naturalności wsadzić do szafy. Mało kiedy potrafimy być tak sztuczni, jak w trakcie modlitwy (sic!). A mnie się zawsze wydawało, że to właśnie modlitwa jest okazją do bycia sobą, do otworzenia się, do pogadania z Bogiem jak z kimś bliskim, przyjacielem, duszpasterzem, ojcem, ukochaną osobą, kimś, kto mnie dobrze rozumie.
Nie wiem, może ja mam to szczęście, że dokoła mnie mam naprawdę dobre wzorce, które uczą mnie komunikacji. Wiem, że nie jestem zbyt dobrym uczniem... ale próbuję.
Więc idę się modlić. Bo modlić można się na wiele sposobów i w wielu momentach - śpiewając, rozmawiając z kimś, siadając do posiłku, zapalając silnik samochodu, wchodząc do szkoły, wyciągając kartkę przed kartkówką, będąc pod prysznicem, grając na Xboxie... Ech, może wtedy inaczej wyglądałyby nasze relacje z bliźnimi.
P.S. Nie zmienia to faktu, że czasem zdarzają się chwilę, gdy modlitwa jest ostatnią rzeczą, jaką człowiek chce zrobić. Czasem wynika to z przesytu religijnymi treściami, z problemów osobistych, z buntu wobec Stwórcy. Czy jest na to jakaś recepta? Hm. Nauczeni doświadczeniami bohaterów biblijnych wiemy, że w ciszy Bóg potrafi niezwykle dobitnie przemawiać i dotykać serca człowieka.
P.S. Nie zmienia to faktu, że czasem zdarzają się chwilę, gdy modlitwa jest ostatnią rzeczą, jaką człowiek chce zrobić. Czasem wynika to z przesytu religijnymi treściami, z problemów osobistych, z buntu wobec Stwórcy. Czy jest na to jakaś recepta? Hm. Nauczeni doświadczeniami bohaterów biblijnych wiemy, że w ciszy Bóg potrafi niezwykle dobitnie przemawiać i dotykać serca człowieka.
środa, 30 września 2015
"gdyby co niedziela była taka muzyka, to bym wtedy chodził do kościoła"
Tytuł to podsłuchana (pan wychodził przede mną z kościoła) opinia bezpośrednio po zakończeniu koncertu finałowego Warsztatów Gospel w Mysłowicach. Nie będę ukrywał, że to jedno zdanie dało mi mocno do myślenia.
W końcu chodzi tu o motywację, która pcha nas (bądź niestety częściej odpycha) do (od) kościoła - nie tylko jako budynku, ale również Kościoła jako wspólnoty. Co sprawia, że uczestniczymy w nabożeństwie? Co jest dla nas najważniejsze? Czy dla owego pana najważniejszą sprawą byłaby muzyka? Co powinno być kluczem, magnesem przyciągającym ludzi?
Zapewne te pytania zadaje sobie całkiem sporo osób na świecie, w większości denominacji. Kościoły nie pękają w szwach, raczej cierpią na nadmiar wolnych miejsc. Wynika to pewnie z wielu faktorów. Religijna obojętność, kiepska prasa Kościołów w mediach, ludzkie zabieganie, mało ciekawa forma przekazu duchowej treści, mało ludzi w ławkach, niska temperatura w kościele, nudne kazanie (tu chyba najłatwiej narzekać...), kiepski śpiew i liturgia, muzyczne średniowiecze (czyli najczęściej śpiewanie XVII-XIX wiecznych hymnów) - argumenty zapewne można by mnożyć, lista bardzo by się rozrosła.
Wiele Kościołów stara się wyjść możliwie blisko do ludzi, na przeciw ich oczekiwaniom. To naturalna tendencja - o wiernego trzeba czasem powalczyć, przyciągnąć go do kościoła, sam raczej nie przyjdzie. Stąd różnego rodzaju aktywności, dodatkowe zajęcia, warsztaty, koncerty, inicjatywy diakonijne, akcentowanie liberalnych poglądów, stawanie okoniem do katolickiego mainstreamu kościelno-politycznego, obecność w mediach społecznościowych = to wszystko może służyć reklamie danej wspólnoty, stać się atrakcyjnym, przyciągającym bodźcem, który sprawi, że ludzie pojawią się na nabożeństwie, spotkaniu biblijnym, koncercie, warsztatach.
Niedawno kościół w Mysłowicach (najczęściej pusty) wypełnił się po brzegi. Podobnie było w Szopienicach tydzień wcześniej. Byłem tym poruszony - pierwszy raz widziałem tłumy w owych kościołach. Nie byłbym sobą, gdybym nie westchnął i powiedział: "Panie Boże, gdyby tak było co niedzielę...". Wiadomo, szklanka zawsze do połowy pusta ;)
Zastanawiałem się, co zgromadziło ludzi w kościołach. Koncert, zespół? Bliscy śpiewający na Warsztatach? Polecenie szefa z Urzędu Miasta, by ktoś reprezentował nasz wydział? Ciekawość? Brak innych planów? A może była to okazja, by uwielbiać wraz z zespołem Boga?
Co motywowało ludzi, by śpiewać w trakcie Warsztatów? Dobra muzyka, entuzjazm i zachęty organizatorów, okazja by sobie pośpiewać po angielsku? Poczucie obowiązkowości, że skoro inni się zapisują, to ja też? Prośba, aby się pojawić, bo trzeba dobrych głosów? A może chęć oddania chwały Bogu?
Celowo umieściłem Boga pod koniec. Nie jest tak, że czasem Jego obecność, fakt brania sobie przez Niego chwały z pieśni staje się niejako oczywisty? No tak, jesteśmy w kościele, więc to powinno dać już do myślenia, narzuca pewien klimat, szufladkuje, ale ogólnie jest fajna muza, fajnie ludzie śpiewają, jest ok. By tak było co niedzielę - to może bym chodził regularnie.
Ale czy chodzi tylko o rodzaj muzyki? Czy muzyka Gospel jest kluczowa w przekazie Kościoła? Co tak naprawdę powinno być ważne?
Ja mam na to pytanie swoją odpowiedź. Ważna jest mowa o krzyżu. To jest klucz, to jest jądro, to powinno stać w centrum. Najistotniejszy jest Chrystus biorący na siebie wszystkie nasze problemy, kompleksy, cały nasz życiowy bajzel. Najistotniejszy jest fakt tego, że Bóg z miłości (tak, On kocha. Może w dzisiejszych czasach zawiłych relacji rodzinnych trudno sobie taką bezinteresowną miłość wyobrazić... On kocha. I jest wzorem by kochać - rodziców, dzieci, współmałżonków, podwładnych, szefów, etc) do człowieka posłał Jezusa, by Ten ukazał relację Boga i człowieka w zupełnie innym świetle. Bóg, dotąd daleki, tajemniczy, straszny, stał się jednym z nas. Pokazał, że nie cofnie się przed niczym, by uchronić swoje stworzenie od wiecznego oddzielenia od Niego.
To jest sedno Ewangelii. To sedno przesłania muzyki gospel (muzyki niosącej przesłanie Dobrej Wiadomości). To sedno, które ma gromadzić nas w kościołach. Niekoniecznie muzyka, ładne wnętrze, sporo ludzi, młodzieżowy przekaz, dynamiczny mówca. To Chrystus jest sednem kościelnego przesłania. Bóg bliski człowiekowi, Bóg dowartościowujący człowieka. Człowiek odkrywający, że może w ramionach Ojca znaleźć swoje schronienie, uleczenie cierpiącej, zakompleksionej, zagubionej duszy.
Ten przepiękny utwór od czasu Warsztatów pomaga mi się wyciszyć i dostrzegać moc Bożej bliskości. Polecam - może i wam będzie pomocny ;)
To jest sedno Ewangelii. To sedno przesłania muzyki gospel (muzyki niosącej przesłanie Dobrej Wiadomości). To sedno, które ma gromadzić nas w kościołach. Niekoniecznie muzyka, ładne wnętrze, sporo ludzi, młodzieżowy przekaz, dynamiczny mówca. To Chrystus jest sednem kościelnego przesłania. Bóg bliski człowiekowi, Bóg dowartościowujący człowieka. Człowiek odkrywający, że może w ramionach Ojca znaleźć swoje schronienie, uleczenie cierpiącej, zakompleksionej, zagubionej duszy.
Ten przepiękny utwór od czasu Warsztatów pomaga mi się wyciszyć i dostrzegać moc Bożej bliskości. Polecam - może i wam będzie pomocny ;)
czwartek, 17 września 2015
nowe historie
Gdy na drodze życia spotykasz drugiego człowieka, to często masz okazję przeżyć coś niepowtarzalnego. Każdy ma do opowiedzenia fascynującą, wyjątkową historię. Pytanie tylko, czy jesteś gotów słuchać.
Fascynująco opowiadają dzieci. O swoim domu, rodzinie, zwierzątkach, o reklamach, jakie oglądają z rodzicami, o tym, co przyjdzie im do głowy. Może i bywają chaotyczne, ale uważam, że potrzebują uwagi. Nierzadko się je zbywa, ignoruje, przesadnie uspokaja. Być może to właściwe - nie mam swoich, więc nie wiem jak należy właściwie z nimi postępować. Póki co zbieram doświadczenie nauczycielskie - i widzę, że dzieci też potrzebują duszpasterskiego, uważnego towarzyszenia i słuchania.
Fascynująco opowiadają seniorzy. O młodości, niezrealizowanych marzeniach, czasach tysiąca osób w parafii, stażu w chórze. Bywają zgorzkniali, osamotnieni, z wielkim deficytem uwagi i gotowości do słuchania oraz wspólnego wędrowania u schyłku życia. Często powtarzają się, wiele historii słyszy się po kilka razy, niemniej jednak wyraźnie da dostrzec się poczucie wdzięczności za poświęcony czas i uwagę.
Fascynująco opowiadają doświadczeni życiem i służbą duchowni. Dzielenie się doświadczeniami, historie miejsc, losy ewangelików przeplatające się z burzliwymi wydarzeniami politycznymi jest naprawdę zajmujące. Mija godzina po godzinie, a apetyt na kolejne opowieści wiecznie pozostaje niezaspokojony.
Fascynująco opowiadają rówieśnicy. Wchodzą w dorosłość z wieloma planami, marzeniami, obawami. Są aktywni, potrafią patrzeć szerzej. Jednocześnie łatwo ich zranić, ujarzmić entuzjazm, zniechęcić. Da wyczuć się zapotrzebowanie na prawdziwe autorytety, mimo przekonania o własnej samowystarczalności, dojrzałości i pewności siebie.
Wszyscy jednak mają wspólną potrzebę - potrzebę uwagi, wysłuchania, okazania szacunku. To niezwykle istotne. Tego cały czas się uczę. Odkrywam, jak pożyteczne były zajęcia z duszpasterstwa na studiach. To początek fascynującej przygody. Czy przynoszę ulgę, pomoc, zrozumienie? Mam nadzieję, że tak. Jeżeli nie - trzeba cały czas pracować nad swoim warsztatem i prosić Boga o to, by prowadził w wymagającej sztuce duszpasterzowania. W końcu duszpasterstwo bez Boga, bez pomocy Ducha Świętego nie ma sensu. Duszpasterstwo pozbawione elementu pneumatycznego, nie nakierowane na odciążenie cierpiącego współgrzesznika (duszpasterz przecież też jest grzesznikiem!) mija się z celem.
Gdy na drodze życia spotykasz drugiego człowieka, to często masz okazję przeżyć coś niepowtarzalnego. Każdy opowiada fascynującą historię. Pytanie tylko czy jesteś gotów słuchać.
Jesteś?
P.S. Nowy etap życia wnosi mnóstwo nowych historii. Pozwala również pisać swoją własną. To borykanie się z nowymi doświadczeniami, wyzwaniami. To szkoła życia. Oby Bóg pozwolił być mi sumiennym uczniem.
Witam w świecie małego, coraz to bardziej zafascynowanego duszpasterstwem, praktykanta :)
Fascynująco opowiadają dzieci. O swoim domu, rodzinie, zwierzątkach, o reklamach, jakie oglądają z rodzicami, o tym, co przyjdzie im do głowy. Może i bywają chaotyczne, ale uważam, że potrzebują uwagi. Nierzadko się je zbywa, ignoruje, przesadnie uspokaja. Być może to właściwe - nie mam swoich, więc nie wiem jak należy właściwie z nimi postępować. Póki co zbieram doświadczenie nauczycielskie - i widzę, że dzieci też potrzebują duszpasterskiego, uważnego towarzyszenia i słuchania.
Fascynująco opowiadają seniorzy. O młodości, niezrealizowanych marzeniach, czasach tysiąca osób w parafii, stażu w chórze. Bywają zgorzkniali, osamotnieni, z wielkim deficytem uwagi i gotowości do słuchania oraz wspólnego wędrowania u schyłku życia. Często powtarzają się, wiele historii słyszy się po kilka razy, niemniej jednak wyraźnie da dostrzec się poczucie wdzięczności za poświęcony czas i uwagę.
Fascynująco opowiadają doświadczeni życiem i służbą duchowni. Dzielenie się doświadczeniami, historie miejsc, losy ewangelików przeplatające się z burzliwymi wydarzeniami politycznymi jest naprawdę zajmujące. Mija godzina po godzinie, a apetyt na kolejne opowieści wiecznie pozostaje niezaspokojony.
Fascynująco opowiadają rówieśnicy. Wchodzą w dorosłość z wieloma planami, marzeniami, obawami. Są aktywni, potrafią patrzeć szerzej. Jednocześnie łatwo ich zranić, ujarzmić entuzjazm, zniechęcić. Da wyczuć się zapotrzebowanie na prawdziwe autorytety, mimo przekonania o własnej samowystarczalności, dojrzałości i pewności siebie.
Wszyscy jednak mają wspólną potrzebę - potrzebę uwagi, wysłuchania, okazania szacunku. To niezwykle istotne. Tego cały czas się uczę. Odkrywam, jak pożyteczne były zajęcia z duszpasterstwa na studiach. To początek fascynującej przygody. Czy przynoszę ulgę, pomoc, zrozumienie? Mam nadzieję, że tak. Jeżeli nie - trzeba cały czas pracować nad swoim warsztatem i prosić Boga o to, by prowadził w wymagającej sztuce duszpasterzowania. W końcu duszpasterstwo bez Boga, bez pomocy Ducha Świętego nie ma sensu. Duszpasterstwo pozbawione elementu pneumatycznego, nie nakierowane na odciążenie cierpiącego współgrzesznika (duszpasterz przecież też jest grzesznikiem!) mija się z celem.
Gdy na drodze życia spotykasz drugiego człowieka, to często masz okazję przeżyć coś niepowtarzalnego. Każdy opowiada fascynującą historię. Pytanie tylko czy jesteś gotów słuchać.
Jesteś?
P.S. Nowy etap życia wnosi mnóstwo nowych historii. Pozwala również pisać swoją własną. To borykanie się z nowymi doświadczeniami, wyzwaniami. To szkoła życia. Oby Bóg pozwolił być mi sumiennym uczniem.
Witam w świecie małego, coraz to bardziej zafascynowanego duszpasterstwem, praktykanta :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)