poniedziałek, 9 listopada 2015

Tribute to Andrzej Zaucha x2

W niedzielę 18 października w urokliwym cieszyńskim teatrze im. Adama Mickiewicza miałem okazję po raz kolejny usłyszeć materiał płyty "Tribute to Andrzej Zaucha - Obecny" w wykonaniu Kuby Badacha.

Pierwszy raz było mi to dane w 2013 roku w Warszawie w klubie Palladium. Szersza relacja zamieszczona tutaj.

Bardzo chciałbym napisać, że było równie fantastycznie jak wówczas - naprawdę bardzo bym chciał. I zanim pojawią się ewentualne hejty za to, że ośmieliłem się krytycznie popatrzeć na koncert Kuby Badacha - króciutkie słowo wyjaśnienia.

Kubę Badacha bardzo lubię, a w materiale Zauchy wręcz uwielbiam. W moim odczuciu nadał tym utworom niezwykły ciężar, dodał głębi. O ile Zaucha kojarzył mi się raczej z artystą lekkim (żeby nie powiedzieć przaśnym - choć to brzmi pejoratywnie), bardziej wesołym niż melancholijnym, to Badach do ciekawych (i w sporej części smutnych tekstowo kawałkach) słów dołożył wraz z Jackiem Piskorzem nutę, która w moim odczuciu bardziej pasowała do tekstu. Być może będę odosobniony w tym zdaniu - bo jednak spora część słuchaczy wcześniej usłyszała utwory Zauchy niż aranżacje Badacha, więc pierwowzór był im bliższy. Ja najpierw lepiej poznałem covery Kuby, a dopiero potem sięgnąłem po oryginały. No i oryginały mniej mnie przekonały niż to, co nagrał Badach.

Niemniej jednak płyta płytą (świetna, swoją drogą), a koncert koncertem. Wiem, że granie na żywo rządzi się swoimi prawami. Tak również było za pierwszym razem w Warszawie, kiedy realizatorzy dźwięku (bądź sama technika po prostu) spartolili "Bądź moim natchnieniem", bo odsłuch Kuby strasznie sprzęgał. Granie na żywo umożliwia artystom improwizację, solówki, zabawę dźwiękiem. Tak było w wypadku koncertu w Cieszynie. Od strony muzycznej podano niezwykle smakowity kąsek muzyki jazzowej (chyba - nie czuję się jakimś wielkim ekspertem w tej dziedzinie) i zapewne koneserzy tego gatunku byli zachwyceni. Podobnie jak sami artyści, którzy kapitalnie się na scenie bawili - widać to było po ich mimice, spojrzeniach, gestach i komunikacji wewnątrz zespołu. Kuba jak zwykle świetnie śpiewał, zabawnie zagadywał między utworami.

Jednak musi pojawić się jakieś ale.

1. W Warszawie "Bądź moim natchnieniem" mnie rozczarowało, bo nie podołało nagłośnienie. Ale chociaż je zagrali. W Cieszynie niestety nie pojawiło się na setliście. Byłem bardzo rozczarowany, bo to dla mnie najlepszy i najbardziej wyjątkowy utwór całej płyty, bardzo mnie i mojej narzeczonej bliski. No cóż. Nie można mieć wszystkiego. Może moja narzeczona nadal będzie wolała moje wykonanie niż wykonanie Badacha ;)

2. To nie była jedyna absencja z płyty. O ile dobrze pamiętam, w Warszawie Kuba zagrał cały materiał. W Cieszynie zabrakło jeszcze: "Zakochani staruszkowie" (niestety!), "Masz przewrócone w głowie" (niestety!) i "Siódmy rok" (niestety!). Wiem, wiem, pojawiły się dwa dodatkowe utwory, których na płycie nie było "Czarny Ali Babo" i "W złotych kroplach deszczu" (wielki plus szczególnie dla tego drugiego!). Niemniej jednak pozostał dosyć duży niedosyt - bo czemu np. nie zrezygnowali z "Wymyśliłem ciebie", "Dzień dobry Mr. Blues" bądź "Wieczór nad rzeką zdarzeń"? - tu bym się nie obraził, gdyby ich zabrakło ;)

3. Nie jestem znawcą, więc się pewnie nie znam i dlatego zbyt długie muzyczne solówki były dla mnie minusem. Kuba po prostu za mało śpiewał. Często chował się za kulisami bądź stawał z boku, by po prostu posłuchać gry instrumentalistów. Wiem - grali świetnie. Ale wolałem, jak śpiewał.


P.S. Koncert sprzyja temu, by zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej się nie wychwyciło. Doszedłem do wniosku, że większość tekstów i ich przesłanie jest niezwykle smutne - choćby ból rozłąki i tęsknota emigracyjna w "C'est la vie", różne cele życiowe w "Jak na lotni", trauma po-rozstaniowa w "Byłaś serca biciem" (tu uderzyło mnie to szczególnie. U Zauchy brzmi to tak lekko, a Badach wprowadza właściwe napięcie, dramatyzm cierpienia tego, który ciągle uważa swoją byłą za ukochaną, za bicie serca...), rzadkość sytuacji, w których dzisiaj można zobaczyć "Zakochanych staruszków"...

No i "Leniwy diabeł". Ten to rzeczywiście może się cieszyć, że ma tak mało do roboty. Nikogo nie musi zniechęcać, ludzie sami stają się obojętni na przesłanie o Jezusie Chrystusie ratującym człowieka od wiecznego cierpienia. Publika szalała, Kuba też, śmiech towarzyszył opisowi diabła z różkami i kopytkami. A ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj diabeł rzeczywiście coraz częściej jest bezrobotny, nie musi się nawet starać by przeciągnąć ludzi na swoją stronę, oni sami pchają się (mniej lub bardziej świadomie) w jego ramiona. Włodzimierz Korcz napisał doskonały tekst, bardzo prawdziwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz